Ile Obywatel jest winien swojemu rządowi?

Zamieszczone 2007-11-8 - autor: ekopozytywizm
Kategorie: Ekonomia, Państwo

James Bovard, 6 sierpnia 2007

Tekst oryginalny

Kiedy politycy nie obiecują społeczeństwu nowych korzyści, to dla odmiany stale wyliczają obywatelom, ile wielkich rzeczy zawdzięczają oni swojemu rządowi. Od pierwszych lat spędzonych w rządowych szkołach publicznych, dzieciom tłoczy się do głów to, jakie to rząd zapewnia wspaniałe korzyści. Takie ziarno, wcześnie zasiane, często daje później plon w postaci potulności Obywatela wobec rządu w późniejszym życiu.

Niewiele osób próbuje się przez chwilę zastanowić i obliczyć, ile tak naprawdę wynosi ta nasza wdzięczność. Ile Obywatel jest winien swojemu państwu? Albo, mówiąc konkretnie, ile Obywatel zawdzięcza politykom i urzędnikom, którzy twierdzą, że reprezentują i ucieleśniają państwo?

Coraz szerszy zakres zajmowany przez państwo opiekuńcze daje w wyniku, pośrednio albo bezpośrednio, poczucie u polityków i urzędników, że mają oni prawo żądać większego posłuszeństwa i wdzięczności od swoich obywateli. A więc, co daje rząd Obywatelom takiego, czego Obywatele nie mogliby zrobić dla siebie sami tak samo dobrze albo nawet lepiej? To jest pierwsze pytanie, na które trzeba odpowiedzieć, zanim wgłębimy się w tematy wdzięczności i posłuszeństwa obywatela wobec własnego rządu. Dlaczego? Bo jeśli rząd daje Obywatelom coś, co sami zrobiliby samemu lepiej, to Obywatele mają prawo patrzeć na swój rząd jak na szkodnika albo na kłusownika.

W większości przypadków rząd dysponuje tylko tym, co najpierw zabierze swoim własnym Obywatelom z sektora prywatnego. Jak więc Obywatele mogą mieć dług w stosunku do rządu, jeśli praktycznie wszystko to, co rząd ma, zabrał najpierw im? To, że ludzie są zmuszeni do płacenia za pewne dobra i usługi nie w sposób bezpośredni, a pośrednio, czyli za pomocą podatków, nie oznacza jeszcze, że zaciągają oni jakiś dług w stosunku do tych, którzy zabrali im możliwość płacenia. Osoby, które zależą od rządu, owszem – mają dług, ale nie w stosunku do rządu, tylko w stosunku do tych współobywateli, którzy zarabiają pieniądze, które rząd zabiera a następnie oddaje innym.

Niektórzy zwolennicy opieki państwa twierdzą, że powinniśmy być wdzięczni za takie rządowe usługi, jak dostarczanie poczty. Niestety, rząd bardziej zajmuje się atakowaniem prywatnych firm, które są zagrożeniem monopolu priorytetowych przesyłek, niż rzeczywistym rozsyłaniem poczty. Usługi priorytetowe są znacząco wolniejsze niż 40 lat temu, częściowo poprzez celową politykę ograniczania dostarczenia przesyłek na drugi dzień. Na obszarach, gdzie usługi pocztowe bezpośrednio konkurują z prywatnymi firmami, rządowe usługi zebrały straszne cięgi. Obywatele nie mogą więc być dłużnikami z powodu usług pocztowych, bo to właśnie rządowe zakazy blokują powstanie szerszej gamy konkurencyjnych prywatnych usług.

Szkoły publiczne.

Niektórzy uważają, że ludzie mają dług wobec rządu za szkolnictwo publiczne. Tak się jednak składa, że rodzice większości dzieci płaci więcej w podatkach, niż rząd wydaje na edukację ich dzieci. Poza tym, pomimo znacznego wzrostu nakładów na edukację w ciągu ostatnich 15 lat, to amerykańscy licealiści, w porównaniu z uczniami innych krajów, w dziedzinach ścisłych  zajmują solidną pozycję na samym dole listy.

Rząd stale zabiera pieniądze rodziców, pieniądze które mogliby przeznaczyć na opłatę za szkoły, a następnie ponosi porażkę w dziedzinie kształcenia ich dzieci, a mimo tego, nie ponosi odpowiedzialności za złamanie de facto zawartej z rodzicami umowy. Śledztwo w wydziale edukacji stanu New Jersey zakończyło się wnioskiem: „Szkoły w okręgu Newark w najlepszych przypadkach w sposób co najmniej rażący były winne opóźnień, a w najgorszych przypadkach stwarzały tylko pozory odnośnie wywiązywania się ze zobowiązań wobec dzieci przyjętych do szkół publicznych”.

Co roku publiczne szkoły opuszcza około 700 tysięcy nastolatków, wielu z umiejętnością pisania i czytania niewystarczającą dla codziennych potrzeb. Ale niezależnie od tego, jak źle urzędnicy resortu edukacji będą wypełniać swoje obowiązki w stosunku do uczniów, rodzice nie mogą zrobić nic więcej niż złożyć pozew sądowy przeciwko wolnej i nieskutecznej biurokracji edukacyjnej. Tyle, że zgodnie z tym, co zauważył profesor prawa Judith Berliner Cohen:

Do dnia dzisiejszego żadnemu z powodów w sądowych procesach nie udało się przekonać sądu, że szkoła powinna dostarczać czegokolwiek więcej niż „krzesła w klasie”. Uczniowie, którym udało się wmówić, że nie ma potrzeby szukania alternatywnych środków nauczania, z całą pewnością na tej swojej wierze stracili.

Bez obecnego pewnego rodzaju monopolu szkół publicznych, stworzona zostałaby dużo szersza sieć szkół prywatnych – szkół, które by reagowały na życzenia rodziców dotyczące nauki dzieci. Szybki rozwój „nauki w domu” (homeschooling), w których uczniowie stale zdobywają lepsze wyniki w standardowych testach, niż uczniowie ze szkół publicznych, pokazuje tylko, o ile lepiej rodzice mogą sobie sami poradzić.

Drogi budowane przez państwo

Obywatel nie posiada też długu wobec rządu za dostarczanie dróg. Pomimo wysokich podatków nakładanych na osoby kupujące paliwo, politycy pozwalają na coraz większe zniszczenie sieci dróg, Interstate Highway System. Według Federalnej Administracji Dróg, około 60% wszystkich międzystanowych dróg jest w złym albo w dopuszczalnym stanie. Kierowcy płacą ponad 140 miliardów dolarów rocznie podatków od paliwa, ale tylko około połowy tych pieniędzy jest wykorzystanych do naprawy albo budowy dróg. Reszta wędruje na inne, polityczne cele.

Drogi są dobrym przykładem z jaką pogardą rząd odnosi się do obywateli, kiedy chodzi o usługi, do finansowania których  przecież jesteśmy zmuszani. Pisarz i ekspert w dziedzinie dróg, Gabriel Roth stwierdził, że „amerykańskie drogi cierpią z powodu wszystkich wad gospodarki centralnie sterowanej: są słabo utrzymywane, zatłoczone i urzędnicy mają kompletnie w nosie potrzeby użytkowników.” Ponieważ korki na drogach nic nie kosztują rządowych biurokratów, agencje rządowe mogą kompletnie ignorować wyniki pomiarów natężenia ruchu. W 1990 roku w badaniu, prowadzonym przez inżynierów bezpieczeństwa ruchu drogowego Federalnej Administracji Dróg, stwierdzono, że w większości obszarów, gdzie stale jeździ się za szybko, znaki drogowe wskazują 15 mil na godzinę poniżej maksymalnej bezpiecznej szybkości; że ograniczenia szybkości są za niskie, żeby zostały uznane za rozsądne przez większość kierowców, a tym samym z kierowców jadących rozsądnie i bezpiecznie, tworzy się ludzi łamiących przepisy. Politycy czerpią zyski z nadmiernych ograniczeń szybkości, dzięki większej ilości wystawianych mandatów. Wypadki drogowe i uliczne korki wynikają także z tego, że siły policyjne marnują swój czas, bo skupiają się na wystawianiu mandatów kierowcom, którzy nie tworzą wcale zagrożenia dla innych osób.

Will Rogers zaproponował już dawno temu: „Sposobem na zniknięcie korków jest to, żeby prywatne firmy budowały drogi, a rząd kupował ludziom samochody”. A ponieważ tak się nie dzieje, politycy nadal oczekują podziękowań od Obywateli, mimo dziur w jezdniach wszędzie, gdzie tylko można sięgnąć wzrokiem.

Ochrona policyjna

Czy Obywatele mają wobec swojego rządu dług za to, że utrzymuje on porządek? Wiele departamentów policji z wielkich miast tak naprawdę porzuciło wszelkie poważne wysiłki mające na celu rozwiązanie problemów kradzieży i innych przestępstw, które nie kończą się śmiercią. W District of Columbia, tak dla przykładu, policja aresztuje sprawców w mniej niż 10% przypadków włamań i kradzieży. Za to policja miasta stołecznego ustanowiła rekordowy wynik w aresztowaniach obywateli, których złapano na piciu alkoholu przed werandą własnego domu. Równie mężnie policjanci rozprawiają się z kierowcami, którzy nie zapinają pasów bezpieczeństwa.

Rząd ogranicza posiadanie broni w celu obrony, a więc nie jest zbyt dużym pocieszeniem, że po przestępstwie policjant zjawi się po to, żeby obrysować ciało kredą. Mamy ponad dwa razy więcej prywatnych pracowników ochrony niż mundurowych policjantów. Więcej ludzi niż kiedykolwiek wcześniej mieszka w ogrodzonych osiedlach i ma zainstalowane systemy alarmowe. Według kryminologa z Uniwersytetu Stanowego na Florydzie, Gary Klecka, zwyczajni ludzie używają broni w obronie samych siebie ponad 2 miliony razy do roku. Po porównaniu efektów tego, że więcej ludzi nosi przy sobie broń i efektów popularnych reform, ekonomista Jahn Lott stwierdza, że „ze wszystkich metod zbadanych do tej pory przez ekonomistów, noszenie przy sobie ukrytego pistoletu jest najskuteczniejszą w relacji do kosztów metodą na zmniejszanie przestępczości.”

Wojsko i obronność kraju

Obszar, w którym rząd mógłby zapewnić wyjątkowe korzyści swoim obywatelom, to obrona narodowa. Niestety, jeśli rząd zajmuje się tworzeniem sobie wrogów a następnie sam siebie pochwala za to, jaką ochronę zapewnia obywatelom przed wrogami, to nasza korzyść nie jest najwyższego rzędu. Wojna w Iraku najprawdopodobniej będzie kosztować Amerykanów ponad bilion dolarów – wysoka cena za zwycięstwo Busha ogłoszone 1 maja 2003 roku na pokładzie statku „Abraham Lincoln”.

A więc, co dali politycy obywatelom, czego wcześniej od nich nie zabrali? Takie ostateczne podsumowanie powinno zawsze towarzyszyć myśleniu o „dobrach” albo „usługach, które „dostarcza” rząd swoim obywatelom. W rzeczywistości, w większości przypadków, politycy „tworzą” – czyli oddają z powrotem – znacznie mniejszą wartość, niż zabierają. To znaczy, że im więcej zabiera rząd, tym mniej Obywatel jest winien swojemu rządowi.

A ponieważ rząd bierze od Obywateli więcej, niż daje w zamian, to Obywatel jest winien swojemu rządowi tyle, ile jest winien każdemu innemu naciągaczowi albo oszustowi – dokładnie ten sam „szacunek”.

Obywatel nie może być też dłużnikiem wobec państwa albo w stosunku do politycznej obietnicy, której rząd nie wypełni – tak samo, jak umowa zawarta z prywatnym podmiotem gospodarczym ulega rozwiązaniu, jeśli jedna ze stron nie wypełni swojej części umowy. Tak samo obywatele nie mogą być dłużnikami rządu za każdą działalność, którą sami zrobiliby lepiej.

To rząd jest winien posłuszeństwo swoim obywatelom, a nie obywatele winni posłuszeństwo rządowi. Ale im bardziej rozbudowane stają się rządy, tym trudniej jest je zahamować.

James Bovard jest autorem: Attention Deficit Democracy [2006] The Bush Betrayal [2004], Lost Rights [1994] i Terrorism and Tyranny: Trampling Freedom, Justice and Peace to Rid the World of Evil (Palgrave-Macmillan, September 2003) i udziela się jako doradca do spraw polityki The Future of Freedom Foundation. Wyślij do niego email.

O dzięki ci, że nie zabrałeś wszystkiego (mały fragment)

Zamieszczone 2007-10-20 - autor: ekopozytywizm
Kategorie: Ekonomia, Podatki

Tekst oryginalny

Sheldon Richman, 1 sierpnia 2007

Jeśli rząd nie zabiera 100 procent twoich dochodów, powinieneś być wdzięczny Kongresowi za jego hojność. Właśnie tak, hojność, tak to widzi administracja prezydenta Busha. Nie masz żadnych praw do pieniędzy, które zarabiasz, ani do żadnych innych pieniędzy, które możesz dostać w swoje ręce. Wszystko należy do państwa, to jest podstawowa reguła, ale państwo może wykazać się litością i pozwolić ci zatrzymać pewną część, żeby ci dać przeżyć.

(…)

Inflacja to rozbój, ale zgodny z prawem, część 1

Zamieszczone 2007-10-12 - autor: ekopozytywizm
Kategorie: Ekonomia, Inflacja

Gregory Bresiger, 23 marca 2007

Tekst oryginalny

Inflacja… największy problem świata.

– Paul Cabot, legendarny doradca finansowy,
cytowany we „Władcach pieniądza” Johna Traina.

Groźny duch znowu nawiedził naszą ekonomię i nasze portfele, wartość praktycznie każdej rzeczy.

Nazywa się inflacja. Szkodzi nam na codzień, ale też może zniszczyć nadzieje na przyszłość milionom Amerykanów, którzy zaangażowali się w wybrany przez siebie plan oszczędnościowy, inwestycyjny albo długoterminowe planowanie wydatków. A wszystko przez to, że nasz rząd, odpowiedzialny za zmniejszanie inflacji, albo przynajmniej za kontrolę nad nią, sam jest źródłem problemu.

Jeżeli przyjmiemy prawidłową definicję tego, czym jest inflacja – a jest to obniżenie wartości urzędowej waluty przez nadmierne tworzenie pieniędzy bez żadnych określonych granic – to jedyną odpowiedzialną za nią stroną jest rząd poprzez swoją władzę nad systemem bankowym.

Wciąż niewielu spośród Amerykanów rozumie skąd się bierze inflacja. Niektórzy rozumieją, jednak kontrolowaną inflację, inaczej określaną mianem „wygodnej”, uznają za potrzebną do utrzymania gospodarki w dobrej kondycji. W przeszłości niektórzy uzasadniali, że inflację trzeba wykorzystywać jako sposób na redystrybucję dochodów albo jako sposób na opłacanie kosztów wojen.

Inflacja jest bezdyskusyjnie korzystna dla rządu, który się nią posługuje, ponieważ niewiele osób zwraca uwagę na to, co się dzieje z cenami, dopóki sytuacja nie wymknie się spod kontroli. Niestety, tak się składa, że wielu z wpływowych ludzi uważa małą inflację za zjawisko korzystne. Utrzymują, że powstrzymuje ona gospodarkę kraju przed recesją oraz że działa jak efekt Robin Hooda.

Czy to nam się podoba czy nie, koszt inflacji jest ekonomiczną chorobą, która może zmienić się w zarazę która zniszczy całą gospodarkę. Taka zaraza już zdarzała się w przeszłości, u nas i w innych krajach na świecie.

Choroba zawsze wydawała się niegroźna. Do niedawna jej znaczenie było albo zmniejszane do minimum albo wręcz pomijane. Niemniej jednak, trzeba spytać: czy stała inflacja – inflacja, która może się wymknąć spod kontroli w każdej chwili – czy jest ryzykiem do zaakceptowania? Zanim odpowiemy, spróbuję pokazać cechy charakterystyczne naszej stałej inflacji.

Najbardziej podstępny podatek

Inflacja jest podatkiem, ponieważ tylko rząd ma prawo do tworzenia pieniędzy. Przypuszczam, że to właśnie dlatego osoby popierające agresywną politykę zagraniczną, wspieraną przez silne zaplecze wojskowe, albo osoby będące za państwem jeszcze bardziej opiekuńczym, tak często są tymi samymi ludźmi, którzy bagatelizują ryzyko inflacji albo wręcz bronią jej użyteczności.

Na przykład po I Wojnie Światowej w Weimarze, Niemcy które kontynuowały i rozszerzały programy socjalne państwa przedwojennego, używały inflacji bez pardonu. W 1922 roku minister spraw zagranicznych, Walther Rathenau, stwierdził, że inflacja „nie była gorsza ekonomicznie niż kontrolowane ceny wynajmu” i jak utrzymywał, inflacja zabiera tylko tym, którzy posiadają i daje tym, którzy nie mają nic, co w kraju tak biednym jak ówczesne Niemcy było „w zupełności właściwe”. Rathenau i inni twierdzili, że kiedy już rozpoczęła się spirala inflacji, to nie można jej było powstrzymać, chyba że „chciałoby się rewolucji”.

Włoski ekonomista, Constantino Bresciani Turroni, uważał z kolei, że ciągła inflacja będzie zabójcza dla ekonomii. Pisał, że pokona ona „moralne i intelektualne wartości”. Bresciani Turroni badał niemiecką inflację. Pisał, że „zatruła Niemców i rozpowszechniła wśród nich ducha spekulacji i całkiem odwróciła ich uwagę od rzetelnej i regularnej pracy.” Co prawda jeszcze nie osiągnęliśmy takiej fazy inflacji w dzisiejszej Ameryce, ale czujemy jej wpływ.

Na pasku płacowym nie są wymienione koszty inflacji, ale ich straszna siła zjada część dochodów. To najbardziej podstępny podatek, bo większość Amerykanów nie rozumie kto albo co go powoduje i dlaczego. Właśnie dlatego uważam, że inflacja jest największym i najbardziej skutecznym sposobem kradzieży, jaki kiedykolwiek wymyślono.

Przesada?

Bynajmniej. W odróżnieniu od rozboju z bronią w ręku albo wyłudzenia dokonanego przez mistrzów oszustwa, inflacja jest zgodna z prawem i akceptowana jako narzędzie używane przez rządy. I to jest największe oszustwo. Większość ofiar inflacji nie ma pojęcia o tym, że dali się nabrać na fałszywe pieniądze. Nie mają pojęcia, że rządowy bank centralny używa inflacji, żeby ich okradać, a narzekają na ceny w sklepach i uznają je za skandaliczne.

W tych rzadkich przypadkach, kiedy przeciętni ludzie zaczynają się orientować w tym, co się dzieje, całe grupy polityków i prominentnych ekonomistów ruszają inflacji z odsieczą. Na przykład populistyczny dziennikarz William Greider, w swojej quasi-historii Fed (amerykańskiego banku centralnego) zatytułowanej „Sekrety świątyni”, opisywał korzyści płynące z wielkiej inflacji lat ’70-tych XX. wieku. Ówczesny poziom inflacji wyrażał się liczbami dwucyfrowymi.

„Inflacja”, zachwycał się Greider, „była szczególnie korzystna dla szeroko rozumianej klasy średniej, rodzin, które posiadały swój własny dom, które były zależne od pensji a nie od odsetek albo dywidend od aktywów finansowych.” Spośród ekonomistów wychwalanych przez Greidera, przychodzi mi na myśl John Maynard Keynes, który wierzył w inflację jako w sposób na wyciągnięcie gospodarki z depresji. Jego następcy w ciągu ostatnich 60 lat stali się tak liczni, że nawet taki krytyk keynesizmu, jakim był Milton Friedman, zwykł był mówić „Teraz wszyscy jesteśmy keynesistami.”

Nawet jednak wyznawcy kontrolowanej inflacji, kiedy choroba wymknie się spod kontroli, rzadko winią za to źródło choroby – nasz nieodpowiedzialny bank centralny.

Fed i inflacja

W codziennej prasie i w politycznych przemówieniach za wysoką stopę inflacji zwykle nie są obwiniani prezesi banków centralnych ani politycy, którzy uchwalają prawo na nią zezwalający. Winne są koncerny z sektora prywatnego, bo przecież musi się znaleźć kozioł ofiarny.

Wysoka stopa inflacji to jak zwykle wynik działań tych samych podejrzanych, co zawsze. Podejrzani to zawsze koncerny naftowe, które chcieli ponownie znacjonalizować niektórzy senatorowie koło roku 1970. Inflacja to wina chciwych Arabów (których petrodolary zostały zdewaluowane przez Richarda Nixona) albo wina skąpych pracowników albo kapitalistów, którzy zbierają „bezwstydne zyski”. Ta ostatnia pozycja to polityczne echo z lat 70-tych, które ostatnio wróciło do mody. Na celowniku populistycznych polityków, kiedy tylko wzrasta stopa inflacji, znajduje się też wiele innych grup o różnym pochodzeniu etnicznym albo wyznaniowym.

A przecież odpowiedzialność za inflację spoczywa całkowicie na rządzie federalnym, poprzez bank centralny, System Rezerwy Federalnej. Fed otrzymał tę władzę od Kongresu. Szef Fed jest wybierany przez prezydenta i zatwierdzany przez Senat.

Niektórzy uważają, że inflacją można zarządzać z korzyścią dla ekonomii. Niskie stopy inflacji, 2% lub mniej rocznie, wskazują na taki wzrost i stabilność cen, które zapobiegają depresjom. Tak od dawna twierdzą ekonomiści od Keynesa. Uważają, że spadek cen i nominalnych pensji (pensji niekorygowanych inflacją) w gospodarczo złym okresie jest politycznie niemożliwy z powodu związków zawodowych i istniejących ułomności kapitalizmu.

Poziom „2% lub mniej” jest tak zwaną „strefą komfortu”, o której mówią liczni urzędnicy Fed. Fed, w odróżnieniu od innych banków centralnych, nie ma określonych celów inflacyjnych. Według Janet Yellen, prezydent Fed w San Francisco, 1 – 2 procent inflacji to zakres, w którym szefowie banków centralnych uważają, że ekonomia może być zarządzana bez nadmiernego wzrostu cen i nadal osiągać zdrowy wzrost gospodarczy.

Dla innych, dla tych którzy są bardziej sceptycznie nastawieni do zarządzania ekonomią przez rząd, albo dla tych, którzy mają większą znajomość historii, pomysł zarządzania inflacją jest bzdurą. Zapobieganie deflacji i recesji a w tym samym czasie uniknięcie takich stóp inflacji, które mogą wyrządzić szkody osobom z długoterminowymi lokatami, jest marzeniem niemożliwym do osiągnięcia. Wystarczy spojrzeć, dokąd zmierza obecnie nasza gospodarka, ostrzegają wnikliwi krytycy.

W czerwcu Fed opublikował dane świadczące o najwyższym wzroście cen od roku 2002. W lipcu roczny wzrost cen wynosił 3,4%. W sierpniu sytuacja była trochę lepsza, bo miesięczny wzrost cen wyniósł 0,2%, co oznacza rocznie 2,4%. Tak czy inaczej, Fed przegrywa w tej niebezpiecznej zabawie z inflacją.

A naprawdę jest jeszcze gorzej. Rządowy wskaźnik cen detalicznych (CPI – Consumer Price Index) nie bierze do swoich obliczeń najbardziej zmiennych cen – żywności i energii.

Złudzenia inflacji

Podobnie jest z ogłoszeniem, że rządowy deficyt wynosi X milionów dolarów, nie licząc „wielkości pozabudżetowych” takich jak ubezpieczenia społeczne i medyczne, Social Security i Medicare. Ten sposób liczenia pozwolił administracji Clintona zlikwidować deficyt, pomimo że rządowe zadłużenie rosło przez całe osiem lat jej rządów. Pomiędzy rokiem 1997 a 2001, w okresie kiedy rząd dumnie ogłaszał 557 miliardów nadwyżki budżetowej, zadłużenie rządu wzrosło o około 438 miliardów dolarów.

Jak do tego doszło?

Nazywa się to księgowością pozabudżetową. Pomijanie nieprzyjemnie wyglądających liczb to pomysł wprost z ksiąg rachunkowych Enronu.

A więc nawet jeśli podawane są niskie wzrosty cen, tak jak w latach 90-tych, to w rządowe liczby można wątpić. Ostatecznie to przecież rząd sam sobie wystawia ocenę, którą nam później przedstawia. Niezależnie, czy chodzi o Wietnam, czy o Irak, czy o wzrost cen – zawsze wydaje się, że wszystko jest w porządku.

Rząd prawie zawsze przedstawia zniekształcony obraz inflacji. To słuszne działanie, przecież inflacja zawsze zniekształca prawdziwą wartość dóbr i usług. Wprowadza zamieszanie zarówno u sprzedających jak i u kupujących.

Mimo usprawiedliwień małej inflacji jako zjawiska pożytecznego, wyłączna kontrola rządu nad podażą pieniędzy ma poważne konsekwencje dla osób oszczędzających, dla osób otrzymujących stały dochód i dla praktycznie wszystkich, którzy planują zakupy w odległej przyszłości.

Ponadto inflacja tworzy efekt fałszywego bogactwa. Klasyczną anomalią inflacji jest osoba, która ma więcej niż kiedykolwiek pieniędzy w portfelu lub na koncie w banku, a mimo tego nie może pozwolić sobie na porządne życie. Ta osoba ma nominalnie więcej dolarów, za które nie może kupić tylu towarów i usług, co wcześniej, bo ceny poszły w górę szybciej niż się to działo wcześniej. Ta osoba czuje się bogatsza – ma więcej dolarów, niż wcześniej – ale jest biedniejsza, bo za swoje dolary może kupić mniej towarów i usług.

Przykładowo w roku 1972 przeciętny Amerykanin zarabiał, według Ministerstwa Pracy, zarabiał 335 dolarów tygodniowo. Dzisiaj przeciętny Amerykanin zarabia nominalnie więcej (w dolarach, które nie uwzględniają poziomu inflacji), ale jeśli skorygujemy tę wielkość o inflację, to zarabia dziś przeciętnie tylko 228 dolarów.

Przeciętnego Amerykanina ogarnia frustracja. A więc wini posłańców złej wieści – koncerny naftowe, pracodawców i tak dalej – zamiast osoby odpowiedzialne za ustalanie i kontrolowanie polityki monetarnej i podatkowej.

Biorąc od uwagę zniekształcone liczby dotyczące cen, podane przez rząd, prosta prawda powinna być teraz jasna nawet dla naszych centralnych bankierów i prawodawców – jesteśmy blisko powtórki sytuacji i błędów z lat 1970-tych, z epoki notorycznej stagflacji.

Tymczasem nasi bankierzy, nie chcąc wywołać niepokoju na wrażliwych rynkach finansowych zdecydowali, że na razie nie podniosą stóp procentowych. Niektórzy z bankierów przynajmniej wyrazili swoje wątpliwości publicznie. Bawią się w hazard stawiając jako zastaw naszą własność i możliwość szczęśliwego życia przez dziesiątki milionów Amerykanów. Czy wygrają?

Zwalczanie kradzieży inną kradzieżą (fragment)

Zamieszczone 2007-10-7 - autor: ekopozytywizm
Kategorie: Ekonomia, Wolność

Jacob G. Hornberger, luty 1990.

Tekst oryginalny

Po ponad czterdziestu latach cierpienia pod rządami socjalizmu, Polacy mają wreszcie okazję spróbować ekonomicznej wolności. Niestety, wszystko wskazuje na to, że nowy polski rząd zamierza iść starą, dotychczasową drogą pełną pomysłów na rabowanie, pomysłów które już przecież spowodowały tak wiele nieszczęścia. Zamiast jak najszybciej usunąć niemoralne bariery dla postępu ekonomicznego, które w Polsce były obecne i szkodziły przez tak długi czas, polski rząd próbuje wzmocnić obecny system (…).

Na początek, podsumujmy ważne zasady wolności, które wielu z nas uważa za tak istotne. Życie, swoboda działania i świadomość są podstawowe; uznanie, że przywileje są dane człowiekowi przez Boga, a nie nadane przez urzędników państwowych. Tak długo, jak nie zostanie użyta przemoc ani dokonane oszustwo, pojedynczy człowiek ma absolutne prawo do życia w taki sposób, jaki sobie wybierze, może angażować się w dowolne działania albo przedsięwzięcia gospodarcze, uczestniczyć dobrowolnie w jakiejkolwiek wymianie przy użyciu dowolnego i obustronnie korzystnego środka wymiany, ma prawo zgromadzić dowolną sumę pieniędzy i wydać ją w sposób dowolnie przez siebie wybrany. Jedyną uzasadnioną funkcją rządu jest ochrona korzystania z tych podstawowych praw. Ważne jest też, żebyśmy w tym momencie opisali kilka cech charakterystycznych dla socjalizmu. W doskonałym socjalizmie, jedynym pracodawcą dla społeczeństwa jest rząd. Jednostkom nie wolno angażować się w działalność gospodarczą dla własnej korzyści ani nie wolno pracować dla prywatnych pracodawców. Jeśli ktoś chce jeść, nie ma innego wyboru niż zgodzić się na posadę państwową. Nie jest trudno wyobrazić sobie, co się stanie kiedy ktoś nie zadowala swojego szefa w systemie, w którym istnieje tylko jeden pracodawca. W socjalizmie ludzie albo uczą się podporządkowywać albo głodują.

Socjalistyczne państwo jest także właścicielem wyników produkcji, czyli dochodów i oszczędności swoich obywateli. Poprzez różne poziomy opodatkowania rząd zezwala jednym ludziom zachować większą część zarobków a innym mniej. W zasadzie nikomu nie przychodzi do głowy, żeby kwestionować uprawnienia rządu do określania kto i ile ma oddawać. Ludziom żyjącym w socjalizmie jest całkowicie obca myśl, że zarobki osoby powinny prawnie, w całości, należeć do nich, a więc nie powinny być im siłą zabierane ani rozdzielane innym przez państwo.

Inną charakterystyczną cechą socjalizmu jest to, że rodzice muszą posłać swoje dzieci do szkoły zaakceptowanej przez państwo, w celu uzyskania „darmowego” wykształcenia. Oczywiście wielu z nas wie, że taki system nie jest darmowy. Pod rygorem kary lub więzienia rodzicom zabronione jest korzystanie z podstawowego prawa człowieka, czyli z wychowania i kształcenia własnych dzieci w sposób, który wybiorą. Cały system edukacji jest finansowany przez rabowanie własności wszystkich, aby zapłacić za kształcenie wszystkich dzieci. Pogląd, że rodzice powinni być finansowo odpowiedzialni za wykształcenie własnych dzieci jest znienawidzony przez ludzi żyjących w socjalizmie. Wyobrażenie sobie, że wolny rynek stworzyłby nieskończenie lepszy system edukacji przekracza zdolności większości obywateli. Większość ludzi żyjących w socjalizmie pokrzepia myśl, że ich dzieci uczą się doktryn zaakceptowanych przez rząd, a nie jakichś faktów i pojęć, które mogłyby postawić pod znakiem zapytania moralny albo ekonomiczny sens niektórych działań rządu.

Trzecią charakterystyczną cechą socjalizmu jest absolutna kontrola, jaką rząd sprawuje nad narodowym systemem finansowym. I oczywiście polityczna kontrola nad pieniędzmi niezmiennie powoduje powstawanie ukrytej formy okradania obywateli, czyli inflacji, kiedy rząd obniża wartość waluty po prostu drukując jej więcej. Jak Amerykanie znają to zbyt dobrze ze swojego życia, obniżenie wartości pieniądza powoduje podniesienie cen w sklepach, oskarżenia o manipulowanie cenami i zmowy, wprowadzenie cen kontrolowanych, braki w zaopatrzeniu i długie kolejki ludzi, którzy chcą kupić towary. Pomysł, żeby pozostawić wartość pieniądza działaniu wolnego rynku jest przez większość ludzi żyjących w socjalizmie uważany za zabawny.

Co jest tak złego w socjalizmie? Po pierwsze – politycy mają prawo wtrącać się w podstawowe, dane nam od Boga prawo wyboru w jaki sposób żyjemy i w jaki sposób używamy własnego majątku. Po drugie – jednostka, człowiek w socjalizmie nie istnieje dla samego siebie, dla własnego rozwoju i poprawy życia. Zamiast tego jest zwykłym „kółkiem w maszynie”, służąc społeczeństwu w sposób, który wskazuje społeczeństwo. Po trzecie – w samym centrum systemu socjalistycznego znajdują się cechy zazdrości i pragnienia posiadania. Z wyjątkiem politycznych władców, osobom żyjącym w socjalizmie nie wolno popełniać „ohydnego przestępstwa” i posiadać więcej niż ktoś inny. Wreszcie socjalizm, ze swoim systemem rabowania i redystrybucji pieniędzy, powoduje ekonomiczne ubóstwo u znacznej większości populacji.

Jakie jest więc wyjście dla Polski? Wyjściem jest wolność! Polski rząd ma okazję „machnąć różdżką” i natychmiast usunąć wszelkie zasady i przepisy, które stoją w sprzeczności z pokojową działalnością obywateli. (…)

Czemu Amerykanie nie wybiorą wolności

Zamieszczone 2007-10-5 - autor: ekopozytywizm
Kategorie: Wolność

Jacob G. Hornberger, marzec 1991

Test oryginalny

W całym kraju daje się zauważyć niezwykłe poruszenie wśród amerykańskich obywateli. Amerykanie mają powszechnie wrażenie, że z ich narodem dzieje się coś naprawdę złego. Widzą, jak ciągle rosną podatki, biurokracja, nowe regulacje i wzrasta kontrola policji. I powoli odkrywają, że niezależnie od tego, że jest im dane prawo do głosowania, to nie mają skutecznej kontroli nad żadnym z tych zjawisk.

Pomimo tego niepokoju, u progu trzeciego stulecia istnienia Stanów Zjednoczonych, Amerykanie nie decydują się na wybranie jedynego możliwego rozwiązania dla zmartwień Ameryki: wolności – wolności przez konstytucyjne usunięcie ze swojego życia państwa opiekuńczego / gospodarki centralnie sterowanej.

Skąd się bierze ta niechęć do wybrania wolności? Jedna z odpowiedzi jest taka, że wielu Amerykanów nawet sobie nie zdaje sprawy z tego, że nie są wolni. Po odbyciu obowiązkowej, dwunastoletniej służby w szkole, większość Amerykanów wierzy, że opodatkowanie dochodów, dopłaty, opieka państwa, protekcjonizm, przepisy o płacy minimalnej i wszystkie inne aspekty państwa opiekuńczego, gospodarki planowej, składają się na wolność.

A co z tymi, którzy odkryli prawdę? Czy wielu z nich nadal będzie gotowych zrezygnować z wolności? Niestety, odpowiedź brzmi – tak. Mimo, że zdają sobie sprawę z niemoralnych podstaw państwa opiekuńczego / gospodarki planowej, wiele osób oddanych wolności będzie próbowało je zreformować zamiast wyeliminować. Dlaczego? Czemu upierają się, żeby bronić sposobu życia, który uważają za niemoralny i godzić się na pozbawienie wolności, którą tak wysoko cenią? Zbadajmy kilka powodów, dla których tak świadome osoby nie wybiorą wolności.

Jednym z powodów jest ogromny strach, który Amerykanie czują przed swoim własnym rządem. Oczywiście agencją rządu, której Amerykanie boją się najbardziej, jest IRS (urząd podatkowy), oddział rządu Stanów Zjednoczonych odpowiedzialny za zbieranie podatków. Zwykły list z pytaniem z IRS wystarczy, żeby Amerykanów oblał zimny pot. Nie, żeby ta obawa była bezpodstawna, bo każdy Amerykanin wie, że urzędnicy IRS mają władzę, w praktyce nieograniczoną, żeby wyciągnąć z kieszeni podatnika dokładnie tyle, ile uznają za „odpowiednią” kwotę należną władzy politycznej. Jak ubrał to w słowa Profesor Ebeling, wiceprezydent FFF (Future Freedom Foundation), w czasie wywiadu radiowego, w którym razem z nim brałem udział: „Jeśli chcecie wiedzieć w jaki sposób i przy użyciu jakich środków działa IRS, to po prostu dowiedzcie się czegoś o operacjach KGB.”

Ale IRS nie jest jedyną agencją, która wywołuje wielki strach u obywateli Ameryki. Mam przyjaciela, który jest wiceprezesem zarządzającym jednym z większych amerykańskich banków. Uświadomił mi, że mimo iż jako grupa zawodowa są uznawani przez innych (i przez samych siebie) za osoby o dużej sile przebicia i władzy, to większość prezesów banków drży jak jesienne liście kiedy spotykają się z bankowymi organami kontrolnymi. Tak naprawdę, to zwykła wzmianka o zbliżającej się wizycie regulatorów bankowych wprawia większość bankowców w ten sam stan rozedrgania, jakiego doświadcza uczeń podstawówki kiedy zostanie wysłany do gabinetu dyrektora.

Jaki jest powód tego, że dorośli czują taki paraliżujący strach przed innym dorosłym? Co sprawia, że dorośli Amerykanie tchórzą jak dzieci w obliczu urzędnika?

Odpowiedzi trzeba szukać w silnym rządzie, zarówno w relacjach wewnętrznych i zagranicznych, rządzie który Amerykanie w XX. wieku powołali do życia. Silny rząd prawie zawsze sprawia, że obywatele są słabi. A na słabych i przerażonych obywatelach nie można polegać, jeśli chodzi o opieranie się tyranii własnego rządu. Zamiast tego, będą „prężyć muskuły” przez „twardość” okazywaną przez rząd, zwykle w relacjach zagranicznych.

Drugi powód: zbyt wielu obrońców wolności straciło nadzieję, że wolność da się naprawdę uzyskać. A w takiej sytuacji, przekonawszy się, że niewolnictwo w Stanach Zjednoczonych jest nieuniknione, poświęcają swój czas raczej na „pracę wewnątrz systemu”, niż na zastąpienie go prawdziwą wolnością.

Dobrym przykładem na to zjawisko jest poświęcenie się przez niektórych urzędników kościelnych sprawie wprowadzenia modlitwy do szkół publicznych. Mało kto zaprzeczy olbrzymiemu osiągnięciu Ojców Założycieli, kiedy oddzielili kościół od państwa w Pierwszej Poprawce do Konstytucji. Zdawali oni sobie sprawę, że religijni fanatycy w połączeniu z polityczną władzą są jedną z najbardziej niebezpiecznych sił, na działanie których może być kiedykolwiek narażone społeczeństwo. W ten sposób Ojcowie wywalczyli i osiągnęli sytuację, w której większość obywateli nie mogła, pod rządowym przymusem, zobowiązać reszty społeczeństwa do przestrzegania narzuconych doktryn religijnych.

Ale, jak wie to każdy Amerykanin, w świeckiej edukacji panuje obecnie całkiem odmienna sytuacja. Tutaj, tak jak ongiś bywało z religią, należy dzieci uczyć w instytucjach zaakceptowanych przez rząd, uczyć teorii zaakceptowanych przez rząd, oprócz doktryn religijnych, które są jedynym wyjątkiem, właśnie z powodu Pierwszej Poprawki.

Jak reagują przywódcy religijni na wyłączenie nauki religii ze szkół publicznych? Skoro już została zaakceptowana słuszność, albo nieuchronność zaangażowania się państwa w sferę edukacji, to chcą oni, żeby młoda część społeczeństwa, oprócz nauk świeckich, była nauczana doktryn religijnych. Inaczej mówiąc, zamiast próbować postawić naukę na takim samym poziomie, co religię… zamiast walczyć o wolność edukacji, jak nasi Ojcowie Założyciele walczyli o wolność wyznania… zamiast nawoływać do oddzielenia szkoły od państwa, tak jak walczyli Ojcowie Założyciele o wolne kościół i państwo… zamiast oddać Bogu zarówno religię jak i edukację, dzisiejsi ministrowie Boga, „rzucają ręcznik” jeśli chodzi o wolność nauczania i chcą oddać Cezarowi nie tylko edukację, ale – poprzez modlitwę w rządowych szkołach – również religię.

Trzecią przyczyną, dla której osoby kochające wolność nie wybiorą wolności: stale pozostają pod wpływem złudzenia, że można sprawić, że państwo opiekuńcze / gospodarka planowa będzie działać. Badając wiele pozycji literatury, publikowanej przez rozmaite amerykańskie think-tanki wolności, okazuje się, że emanuje z niej chęć naprawy „marnotrastwa, oszustw i nadużyć” występujących w systemie, a nie chęć zastąpienia całego systemu wolnością. Ich rozwiązanie jest zawsze takie samo: „System wymaga reformy”.

Można znaleźć przykład w wydaniu The Backgrounder-a z dnia 2 listopada 1990 roku, w liście autorstwa The Heritage Foundation (Fundacji Spuścizny), uznanego, konserwatywnego think-tanka ulokowanego w mieście Waszyngton, a dotyczącego kryzysu budżetowego z ubiegłej jesieni. Pan Scott A. Hodge, członek kadry The Heritage, pisze: „Członkowie Kongresu nie mieli odwagi wyciąć ani jednego dolara ze zmarnowanych, pełnych wyborczej kiełbasy i wyłudzonych pieniędzy z budżetu na rok podatkowy 1991”. Jak pan Hodge pisze jednak dalej, „Nie ma takiej potrzeby, żeby Kongres rozbierał sieć bezpieczeństwa socjalnego”.

A więc pana Hodge’a pogląd na tę sprawę jest taki, że państwo opiekuńcze – socjalizm – nie tylko powinno pozostać nietknięte , ale co więcej, że jest możliwe, że będzie ono skutecznie działać. Utopijnym marzeniem jest to, że w wyborach na publiczne władze, wybierzemy „lepszych” ludzi… gdyby politycy tylko chcieli robić „właściwe rzeczy”… gdyby ludzie tylko chcieli zrezygnować z tych „zmarnowanych pieniędzy” które otrzymują, byłoby możliwe ulepszyć system tak, żebyśmy wszyscy żyli długo i szczęśliwie w socjalistycznym niebie.

To złudzenie – ta mrzonka – które trzyma w uścisku wiele osób pragnących wolności, jest jedną z przeszkód w osiągnięciu wolności. Ale niestety, nie tylko w Ameryce. W Związku Radzieckim postawa jest dokładnie taka sama. Gdyby tylko politycy i biurokraci robili „właściwe rzeczy”, uważają przedstawiciele radzieckich władz, system socjalistyczny mógłby pozostać nienaruszony i mógłby działać „prawidłowo”.

Inny powód, dla którego zwolennicy wolności nie wybiorą wolności: uważają, że robiąc tak, nie będą posiadać „intelektualnego szacunku” wśród swoich rodaków. Mimo, że osobiście uznają, że państwo opiekuńcze / gospodarka planowa posiadają złe i niemoralne fundamenty, to uważają że nawoływanie do jego zniesienia jest zbyt „skrajne”. Tak więc utrzymują swój „szacunek” (tak przynajmniej sądzą) poprzez uzasadnianie czemu zło i niemoralność mają nadal trwać oraz, co bardziej im przynosi wstyd, ubierając swoje argumenty w szaty wolności.

Nie jest trudno dostrzec w takim razie kontrast pomiędzy Ojcami Założycielami Stanów Zjednoczonych a dzisiejszymi obrońcami wolności. Nasi przodkowie nie zgadzali się na to, aby to strach, psychologicznie niszczący, kontrolował ich działania. Stojąc naprzeciw jednego z najpotężniejszych władców w historii i jego równie potężnych sług wspierających rząd i jego organy podatkowe, zdecydowali oni zaryzykować swoje życia, majątki i honor w obronie wolności – mimo że oznaczało to walkę z własnym rządem i z własnymi – brytyjskimi – współobywatelami. Poświęcili się zasadom, a nie korzyściom, nie mieli chęci reformować merkantylistycznego systemu ekonomicznego własnego rządu. Uznając zło i niemoralność tamtego systemu, dążyli do jego wyeliminowania, zaś wiedza, że ich cele były słuszne była dla nich ważniejsza od powszechnej akceptacji, stali na swoim stanowisku mimo, że widział ich cały świat.

Tego właśnie ducha wolności, który poruszył naszych amerykańskich przodków, potrzeba w dzisiejszych czasach. A kiedy w końcu zagości w sercach i umysłach Amerykanów, to jestem pewien że w końcu zostanie wybrana wolność.

Pan Kornberger jest fundatorem i prezydentem fundacji The Future of Freedom Foundation.

Pal jeśli chcesz i za to płać

Zamieszczone 2007-10-4 - autor: ekopozytywizm
Kategorie: Ekonomia, Służba zdrowia, Wolność

Sheldon Richman, maj 1997

Tekst oryginalny

Słowo „tytoń” staje się powoli słowem niecenzuralnym. Firmy tytoniowe są atakowane ze wszystkich stron. Federalna Administracja Żywności i Leków chce zarejestrować tytoń jako narkotyk. Rządy niektórych stanów wytaczają procesy, aby odzyskać pieniądze przeznaczone na leczenie związanych z paleniem chorób u starszych ludzi. Spadkobiercy wieloletnich palaczy idą do sądu z pozwami o odszkodowanie za przedwczesną śmierć. Czasy dla biznesu nie należą do najszczęśliwszych.

Doszło do tego, że firmy negocjują ugody z kilkoma stanami, które w zamian za jednorazowe wielomiliardowe odszkodowania są gotowe zrezygnować z przyszłych procesów sądowych. Sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej od czasu, kiedy R. J. Reynolds wygrał w prywatnej rozprawie na Florydzie.

Wielkie kontrowersje towarzyszące tytoniowi pokazują jak bardzo przestaliśmy być społeczeństwem ludzi odpowiedzialnych za samych siebie. Pokazuje też, jak bardzo przestaliśmy posługiwać się zdrowym rozsądkiem. Przede wszystkim, przecież nikogo nie zmusza się, żeby zaczął palić. To jest jego własny wybór. Zazwyczaj pierwszy papieros nie jest przyjemny. Jeśli już można mówić o zmuszaniu kogoś do czegoś, to raczej, że ten ktoś zmusza się sam, żeby zapalić swojego drugiego papierosa w życiu. To trochę absurdalne, żeby po trzydziestu – czterdziestu latach palenia, wytaczać sprawę sądową koncernowi tytoniowemu. Od lat 60-tych (XX. wieku) paczki papierosów zawierają ostrzeżenie, że palenie może być szkodliwe dla zdrowia. Już w XIX. wieku zostało ukute, mające zniechęcić do palenia, określenie „papieros to gwóźdź do trumny”. W 1607 roku król Jakub I powiedział: „tytoń jest szkodliwy dla płuc”. To są chyba wystarczające informacje, żeby móc stwierdzić, że palenie jest związane z pewnym ryzykiem.

To prawda, że firmy tytoniowe zaprzeczały, że istnieje niebezpieczeństwo. Naukowe dowody mówiące o przyczynach powstawania chorób mogą być wieloznaczne, zwłaszcza w początkowych etapach badań. Korelacja nie oznacza jeszcze przyczyny. Ale nawet, jeśli założymy jak najgorsze intencje firm tytoniowych, to jak widzieliśmy, nie były one jedynym źródłem informacji. W ostatnich latach palacze zwykle przeszacowują ryzyka związane z paleniem. A więc ludzie, mimo, że wiedzieli i wiedzą o ryzyku, wybrali że będą nadal palić.

Ale zaraz, czy wybrali, czy też może byli uzależnieni od nikotyny przez szubrawców pracujących w przemyśle tytoniowym? Tutaj napotykamy na kłopoty związane ze znaczeniem poszczególnych słów. Można dość łatwo stworzyć nawyk palenia papierosów, ale to nie jest ta sama rzecz, co uzależnienie. W związku człowiek – papieros, aktywnym czynnikiem jest człowiek. To człowiek przyzwyczaja samego siebie do palenia papierosów, a nie papierosy przyzwyczajają człowieka. A to jest duża różnica.

Co więcej, niektórzy skutecznie ludzie rzucają palenie, i to często bez żadnej pomocy. Dookoła nas jest więcej byłych palaczy niż palaczy. Być może jest trudno przestać, ale to nie jest niemożliwe. Ludzie dokonują wyboru, kiedy zaczynają palić. Ludzie dokonują wyboru, kiedy nie przestają palić. Jeśli jest to dla nich wystarczająco ważne, to ludzie dokonują wyboru – przestają palić.

Prywatne pozwy przeciwko koncernom tytoniowym są smutnym znakiem naszych czasów: kiedy coś ci pójdzie źle, podaj kogoś do sądu.

Sprawy sądowe wytaczane przez Medicare (program ubezpieczeń medycznych w Stanach Zjednoczonych) są jeszcze bardziej bezsensowne. Teoretycznie choroby, na które cierpią starsi wiekiem palacze, powodują że Medicare brakuje pieniędzy. A więc bogate firmy tytoniowe powinny zapłacić. Co za zbiór niedorzeczności!

Czemu firmy powinny płacić? Kiedy ludzie chorują na serce, rządy stanowe nie sądzą się z hodowcami bydła ani z firmami pakującymi mięso. Jest więcej niż prawdopodobne, że ludzie, umierający przedwcześnie z powodu palenia, wręcz oszczędzają pieniądze podatników. Ci ludzie nie będą latami przebywać w kosztownych domach opieki ani leczyć się na znacznie droże choroby, jak Alzheimera. Może więc firmy tytoniowe powinny dostawać premię.

Kongresowe Biuro Budżetowe kilka lat temu próbowało odpowiedzieć na pytanie, o ile powinien zostać podniesiony podatek nałożony na papierosy, żeby zrekompensować koszty medyczne ponoszone przez społeczeństwo z powodu leczenia palaczy. Wnioski były oszołamiające: żeby rzeczywiście odzwierciedlić te koszty, stwierdziło Biuro, podatki powinny zostać obniżone.

Najlepszym sposobem na rozwiązanie problemu kosztów byłoby zniesienie Medicare (składki zdrowotnej) i innych obowiązkowych, finansowanych przez podatników form leczenia. Niech ludzie sami wykupują ubezpieczenie zdrowotne i płacą dodatkowe składki związane z paleniem. Taka polityka byłaby najbardziej odpowiednia dla wolnego społeczeństwa. Jak mówi stare hiszpańskie przysłowie: Bierz to, co chcesz i za to płać.

Znieśmy płacę minimalną

Zamieszczone 2007-06-5 - autor: ekopozytywizm
Kategorie: Płaca minimalna

Sheldon Richman, maj 1996

tekst oryginalny

Mówiąc bez ogródek, jeśli pomimo wszystkich dowodów, które posiadamy, a które świadczą o szkodliwym działaniu przepisów o minimalnym wynagrodzeniu, ktokolwiek nadal nawołuje do zwiększenia jego poziomu, to albo w przykry sposób ma braki w wykształceniu ekonomicznym, albo jest demagogiem. Nie ma ucieczki od stwierdzenia, że jeśli za pomocą prawa ustalimy na coś cenę wyższą, niż ludzie uważają, że warto za to coś zapłacić, to ludzie nie będą tego kupować. W przypadku płacy minimalnej za pracę, oznacza to bezrobocie. Nie podnoście płacy minimalnej. Znieście ją.

Ci, którzy popierają podwyżkę, nawet nie zaprzeczają, że spowoduje to w niektórych przypadkach utratę pracy. Mówią, że strata miejsc pracy nie będzie „znacząca”. Straty innych osób zawsze są mało znaczące. Czemu miałyby one stanąć na drodze dobrym intencjom Prezydenta Clintona albo Ministra Pracy Roberta Reicha? Szczególnie niesmaczne jest zmniejszanie znaczenia utraty pracy, skoro dotknie ona najsłabiej wykształconych ludzi w kraju. Jeśli wyższe pensje będą wynikały z podniesienia płacy minimalnej, to tak naprawdę będą transferem pieniędzy od najbiedniejszych Amerykanów do dzieci klasy średniej oraz zamożnych Amerykanów. Rzekomi beneficjenci będą rzeczywistymi ofiarami.

Zarzuty stawiane przepisom o płacy minimalnej są tak często opisywane w teorii i potwierdzane danymi, że jest męczące ich powtarzanie. A więc, zamiast po raz kolejny to robić, zastanówmy się, co poparcie dla płacy minimalnej świadczy o osobach ją popierających. Mówi o nich dużo, i to nie są pochlebstwa.

Oto jest typowe stwierdzenie dla Roya Careya, szefa związku Teamsters (jednego z największych związkw zawodowych w USA, przypis Hip): „To jest wstrętne, szefostwo firm dostaje wielomilionowe premie, a nasz oporny Kongres trzeba siłą zmuszać, żeby chciał zapewnić minimalną płacę na poziomie 5,25 $ za godzinę”.

Tego typu zdania padają tak często, że ich głębsze znaczenie zwykle umyka uwadze. Pan Carey uważa, że Kongres powinien mieć na uwadze to, ile zarabiają ludzie. Tam, gdzie dostrzegana jest nierówność, tam, według niego rząd powinien coś z tym zrobić.

Jak to pasuje do często głoszonego poglądu, że nasza ekonomia opiera się na wolności do prowadzenia biznesu? W wolnej ekonomii, cena rzeczy, wliczając w to pracę, jest ustalana przez podaż i popyt. To oznacza niezliczone transakcje zawierane przez miliony ludzi – właściwie miliardy, bo żyjemy w globalnej eknomii. Na rynku nikt nie ustala płac, niezależnie czy chodzi o pracowników czy szefów korporacji. Są one końcowym wynikiem działań ludzi kupujących i sprzedających różne towary, oraz ludzi, którzy się od tego powstrzymują. Jeśli klientom nie podoba się produkt, szef firmy szybko straci swoją wielką pensję.

Są takie systemy, w których płace są świadomie ustalane przez urzędników. Przychodzą mi na myśl trzy z nich: komunizm, socjalizm i faszyzm. Żaden z nich nie ma dobrej reputacji u nas w kraju. Wręcz jesteśmy dumni z tego, że żaden z nich nigdy nas nawet odrobinę nie kusił, tak jak naszych europejskich kuzynów, a to dlatego, że te systemy nie tolerują osobistej wolności i wolnego wyboru dokonywanego przez konsumenta, czyli wartości, które tak wysoko cenimy. Nie jest przypadkiem, że te systemy były wybitnie nieudolne jeśli chodzi o dostatnie życie. Wzywanie Kongresu do ustalania cen jest namawianiem, żebyśmy naśladowali tamte znienawidzone systemy.

A więc dlaczego badania opinii wskazują, że przytłaczająca większość Amerykanów popiera zwiększenie płacy minimalnej? Pewnie dlatego, że zbyt wiele osób osądza ten pmysł po zamiarach, a nie po osiąganych wynikach. Obrońcom płacy minimalnej udało się wmówić ludziom, że ich zamiarem jest poprawa sytuacji ubogich pracowników a że zamiarem ich przeciwników jest obrona bogatych. Dlatego ten temat jest taką doskonałą pożywką dla demagogów.

Ktoś, kto nie ocenia po intencjach, może się zastanowić dlaczego związki zawodowe tak gorąco popierają płace minimalne, skoro członkowie związku zarabiają sporo powyżej płacy minimalnej ustalonej przez prawo. Ktoś, kto ocenia po rezultatach, może odkryć, że przepisy mają częściowo na celu zmniejszenie konkurencji ze strony gorzej wykwalifikowanych pracowników, przez stworzenie sytuacji, kiedy zatrudnienie dwóch lub trzech z nich jest zbyt kosztowne w porównaniu z zatrudnieniem jednego wykształconego pracownika należącego do związku.

Sposobem, żeby się uodpornić na demagogię jest – zapomnieć o zamiarach i patrzeć na rezultaty. (podkr. moje) Życzeniowe myślenie nie może zastępować jasnego myślenia. Płaca minimalna nie powinna być podnoszona. Powinna być zniesiona.

Ekonomia dla Obywatela – nr 10 z 10

Zamieszczone 2007-06-4 - autor: ekopozytywizm
Kategorie: Ekonomia dla Obywatela

Walter E. Williams, 10 kwietnia 2006

tekst oryginalny

W dziesięciu krótkich artykułach nie ma sposobu, żeby się choć odrobinę zagłębić w wiedzy ekonomicznej. Tak więc, zakończę tę serię przykładami kilku popularnych sentymentów, które mają duży ładunek emocjonalny ale mało sensu ekonomicznego. Kilka z nich używam jako pomocy naukowych dla moich studentów przed licencjatem.

Dla przykładu, poniższe zdanie ma znaczny oddźwięk: „Źle jest czerpać zysk z cudzego nieszczęścia.” Pytam moich studentów, czy poparli by wprowadzenie przepisów zabraniających takich działań. Ale ostrzegam ich, podając kilka przykładów: ortopedę, który zarabia na twoim nieszczęściu, kiedy złamiesz nogę jeżdżąc na nartach. Kiedy trwa burza śniegowa, wątpię, czy smutek ogarnia serca właścicieli pojazdów pomocy drogowej. Co więcej, mówię moim studentom, że ja także czerpię zysk z ich nieszczęścia – z ich braku wiedzy o teorii ekonomii.

Inny przykład, to stwierdzenie, że ceny są zbyt wysokie. Często o tym dyskutowaliśmy z panią Williams, kiedy byliśmy na początku naszego 44-letniego małżeństwa. Wracała z zakupów i narzekała, że ceny, które trzeba zapłacić w sklepach są szalone. Kiedy już kończyła narzekać, zwykle prosiła mnie, żebym wyładował zakupy z bagażnika. Po skończeniu, wracałem do rozmowy, mówiąc „Kochanie, wydawało mi się, że słyszałem, jak mówisz, że ceny są szalone. Czy jestes osobą szaloną? Tylko szalona osoba może zapłacić szaloną cenę.”

Krótko mówiąc, rozmowy na ten temat nigdy nie były łatwe, aż w końcu przestaliśmy dyskutować o tym kiedy ceny są rozsądne a kiedy nie. Tak naprawdę chodzi o to, że zawsze gdy zawierana jest transakcja oparta o cenę, to spotykają się dwie opinie, kupującego i sprzedającego. Obie strony uznają, że poprawiają swój stan bardziej, niż gdyby skorzystały z drugiej możliwości wyboru – czyli gdyby w ogóle nie zawarły transakcji. Co nie znaczy, że sprzedający nie uznałby wyższej ceny za bardziej zadowalającą, albo że kupujący nie byłby bardziej zadowolony z niższej ceny.

Czy rodzice nie powtarzali Wam „Jeśli coś jest warte zrobienia, to jest też warte, żeby to zrobić dobrze”? To nie jest rozsądne stwierdzenie. Powtarzam moim studentom, często ku ich rozbawieniu, że może wcale nie warto mieć najlepszą możliwą ocenę z zajęć z ekonomii. Spójrzmy na to. Powiedzmy, że mają oni zajęcia z biologii, fizyki, angielskiego i ekonomii. Harują ciężko, żeby dostać 6 z ekonomii, ale spędzanie za dużej ilości czasu na uczeniu się ekonomii odciągnie ich od innych przedmiotów, a więc dostaną 1 z biologii, 4 z fizyki i 3 z angielskiego. Średnia ocen na semestr – 3,5. Lepiej by im poszło, z punktu widzenia średniej, gdyby spędzili mniej czasu na ekonomii, na przykład otrzymując ocenę 4, poświęcając więcej czasu na biologię i angielski, dostając 4 z tych przedmiotów. Mieliby wyższą średnią za semest (4,0) i nie byliby zagrożeni powtarzaniem roku.

Inny przykład: możesz poprosić żonę, żeby zanim wrócisz z pracy, dom był posprzątany tak dokładnie, jak to możliwe. Wracasz z pracy, dom jest błyszczący. Chwalisz ją, mówiąc „Kochanie, świetna robota. Co dziś na obiad? Gdzie są dzieci?” Ona odpowiada „Nie wiem, gdzie są dzieci, no i nie ma obiadu, ale za to dom jest błyszczący”. Podobnie jak zdobycie najwyższej możliwej oceny z ekonomii nie jest optymalne, to tak samo jest ze zrobieniem wszystkiego, co możliwe, żeby posprzątać dom.

Wreszcie, jest takie powiedzenie „Ostrożności nigdy nie za wiele”. Owszem, czasem za wiele. Ile osób spośród nas sprawdza układ hamulcowy w naszych samochodach zanim uruchomi silnik i pojedzie do pracy? Zrobienie tego byłoby bezpieczniejsze, niż po prostu przyjęcie, że hamulce są sprawne i że można ruszać przed siebie. Ostatecznie NASA, przed wystrzeleniem statku kosmicznego, nie robi takich założeń. Sprawdzają wszystkie systemy, nie zakładając z góry, że wszystkie działają. Jeśli nie mamy racji i jesteśmy zbyt ostrożni, to ponosimy tego koszty, podobnie jak wtedy, gdy mylimy się i jesteśmy zbyt mało ostrożni. Ale dla danego przypadku, jeden wybór może być bardziej kosztowny niż drugi.

Ekonomia dla Obywatela – nr 09 z 10

Zamieszczone 2007-05-31 - autor: ekopozytywizm
Kategorie: Ekonomia dla Obywatela

Walter E. Williams, 8 marca 2006

tekst oryginalny

Wiemy bardzo niewiele o większości rzeczy, które spotykamy i których używamy w codziennym życiu. Każdy z nas posiada wiedzę o drobnych, zwykle mało ważnych sprawach. Na przykład – piekarz może być najlepszym piekarzem w mieście, a mimo tego nie musi znać szczegółów dotyczących składników, które pozwalają mu zostać najlepszym. Na przykład, czy zna technologię wydobycia gazu ziemnego, którego używa do opalania swojego pieca? A skoro już o tym mowa, co wie o produkcji pieców? Albo o składnikach, których używa – o mące, cukrze, drożdżach i mleku. Czy będzie wiedział, jak uprawiać pszenicę i cukier i chronić uprawy przed chorobami i szkodnikami? Czy na pewno będzie wiedział, jak wygląda produkcja wanilii albo drożdży? Równie ważnym pytaniem będzie to, czy osoby, które produkują i dostarczają mu te składniki będą wiedziały co i na kiedy będzie mu potrzebne. Miliony ludzi współpracują ze sobą nawzajem, żeby dostarczyć piekarzowi wszystkie potrzebne mu składniki.

Ten cud, że udaje się to wszystko zrobić w tak wydajny sposób, zawdzięczamy działaniu rynku i cen. To, co nazywamy rynkiem to po prostu zbiór milionów niezależnych osób podejmujących decyzję, nie tylko w Ameryce ale na całym świecie. Kto lub co koordynuje działania tych osób? Zapewniam was, tym kimś nie jest król piekarzy.

Jest kilka sposobów na alokację dóbr i usług. Między innymi są to: zasada kto pierwszy ten lepszy, prezenty, przemoc, dyktatura oraz losowania. Kiedy alokacja jest dokonywana przy pomocy ceny, zdajemy sobie sprawę z korzyści, wydajności których brakuje w innych sposobach. Mechanizm cenowy działa jak światła drogowe. Ceny rosną i spadają, będąc odbiciem niedoborów lub nadwyżek. Kiedy ceny rosną na skutek wysokiego popytu, wysyłają sygnał do producentów, aby zwiększyli produkcję. Dzieje się tak, gdyż zawsze, kiedy cena przekracza koszty produckji, producenci zaczynają zyskiwać. Wysyłają swoje produkty tym, którzy zapłacą najwięcej.

Spójrzmy na jeden ze składników potrzebnych piekarzowi – mąkę. Skąd rolnik wie, że rośnie popyt na pieczywo? Krótka odpowiedź brzmi – nie wie. Wie tylko, że młyny oferują wyższą cenę skupu pszenicy, a więc rolnik planuje zwiększyć obszar obsiany pszenicą, lub planuje sprzedać zgromadzone zapasy. Inaczej mówiąc, ceny pełnią podstawową rolę w przekazywaniu informacji. Co więcej, ceny zmniejszają do minimum ilość informacji, potrzebnej dowolnemu uczestnikowi procesu dostarczania piekarzowi mąki, żeby zaspokoić jego potrzeby.

Co się stanie jeśli politycy stwierdzą, że ceny mąki są za wysokie i wprowadzą ceny regulowane na mąkę, a popyt na pieczywo wzrośnie? Czy rolnicy obsieją większy obszar pszenicą? Czy pracownicy młynów będą pracować w nadgodzinach, żeby wyprodukować więcej mąki? Odpowiedzią jest głośne i dosadne „nie!”. Czemu mieliby to robić, co by zyskali? Wynikiem byłyby braki mąki, ale to nie wszystko, bo ludzie są pomysłowi jeśli chodzi o omijanie przeszkód stawianych przez rząd. Gdyby zostały wprowadzone regulowane ceny na mąkę, powstałby czarny rynek – ludzie kupowaliby i sprzedawali mąkę po niezgodnych z prawem cenach. Jest to zawsze jeden z efektów kontoli nad cenami. Innym efektem byłaby korupcja urzędników, którzy by wiedzieli o niezgodnej z prawem działalności, ale za pewną opłatą zgodziliby się tego nie zauważać.

W roku 303, rzymski cesarz Dioklecjan zarządził, „Powinno być tanio”, twierdząc, że „gdzie tylko maszerują nasze armie, pojawia się bezpodstawna chciwość. Nasze prawo ustali miarę i granicę dla tej chciwości.” Wynikiem kontroli cen, który można było przewidzieć, było powtanie czarnego rynku, głód i konfiskowanie jedzenia przez żołnierzy. Mimo fatalnej historii kontroli cen, politykom nigdy nie udaje się powstrzymać przed manipulowaniem cenami – to spostrzeżenie nie jest pochwałą dla ich umiejętnosci uczenia się czegokolwiek.

Ekonomia dla Obywatela – nr 08 z 10

Zamieszczone 2007-05-29 - autor: ekopozytywizm
Kategorie: Ekonomia dla Obywatela

Ekonomia dla Obywatela, część 8.

Walter E. Williams, 3 lutego 2006

tekst oryginalny

Teoria ekonomii ma zastosowanie w różnych sytuacjach. Struktura praw własności wpływa jednak na sposób, w jaki będzie się ona przejawiać. Podobnie jest z prawem powszechnego ciążenia – pomimo, że również działa w różnych sytuacjach, to dołączenie spadochronu do spadającego obiektu zmieni sposób, w jaki się będzie ono przejawiać. Spadochron nie niweluje działania prawa ciążenia. Podobnie – struktura praw własności nie niweluje działania prawa popytu i podaży.

Prawa własności określają to, kto ma wyłączną władzę do określenia w jaki sposób jest używany pewien zasób. Mówimy, że prawa są wspólne, kiedy władza publiczna jest właścicielem i określa sposób wykorzystania zasobu. Prawo jest prywatne, kiedy nany do czynienia z pojedynczymi właścicielami, którzy posiadają wyłączne prawo do określania dozwolonych (nie zabronionych) sposobów używania zasobów i do czerpania z nich korzyści. Dodatkowo, prawo do prywatnej własności określa prawa właściciela do posiadania, nabywania i sprzedawania własności innym na wspólnie uzgodnionych warunkach.

Prawa własności mogą być dobrze albo źle określone. Można je wprowadzić w życie tanio, albo ich egzekwowanie może być kosztowne. Te oraz jeszcze inne czynniki mają duże znaczenie w kilku sytuacjach, którym się za chwilę przypatrzymy,

Właściciel domu jest bardziej zainteresowany jego przyszłą wartością niż osoba dom wynajmująca. Mimo tego, że za 50 czy 100 lat właściciel może już nie żyć, to przyszła wartość lokalu wpływa na jego cenę już teraz. A więc właściciele zwykle bardziej od osób wynajmujących troszczą się o utrzymanie domu w dobrym stanie. Jednym ze sposobów, w jaki właściciele próbują zainteresować wynajmujacych stanem domu, jest pobranie od nich zabezpieczającej kaucji.

Teraz pytanie z zakresu prawa własności. Który z podmiotów ekonomicznych będzie bardziej zwracał uwagę na życzenia swoich klientów i poszukiwał bardziej wydajnych sposobów produkcji? Czy będzie to podmiot, w którym osoby odpowiedzialne za podejmowane decyzje będą mogły zatrzymać część przychodów finansowych płynacych z zadowalania klientów i szukania wydajnych metod produckji, czy będą to podmioty, w których osoby podejmujące decyzje nie będą miały praw do takich korzyści? Jeśli odpowiesz „ten pierwszy”, brawo, proszę pokaż się wszystkim.

Między podmiotami działającymi dla zysku i organizacjami „non profit” są fundamentalne różnice. Mimo tego, osoby podejmujące decyzję w każdym przypadku będą chciały osiągnąć jak najwyzsze korzyści. Osoby zarządzające organizacjami nie nakierowanymi na zysk będą bardziej skłonne do szukania innych korzyści, takich jak luksusowe dywany, niestresujące godziny pracy, długie urlopy albo traktowanie pewnych klientów lepiej niż innych. Dlaczego? W przeciwieństwie do firm działających dla zysku, nie będą one mogły zatrzymać części wypracowanych przez siebie zysków. A więc, skoro ani nie mogą zachować dla siebie zysków ani nie cierpią z powodu ponoszonych strat, mają mniejszą presję, żeby zadowalać klientów i poszukiwać bardziej wydajnych metod produkcji.

Możecie powiedzieć, „Profesorze Williams, firmy osiągające zysk też mają czasami luksusowe dywany, mają ogromne wydatki na reprezentację i zachowują się zupełnie podobnie do firm non-profit.” Macie rację, po raz kolejny, jest to zagadnienie z dziedziny praw własności. Podatki wpływają na strukturę własności zysków. Jeśli płacimy podatek od zysku, to wypłacanie zysku w postaci pieniężnej staje się bardziej kosztowne. Stosunkowo mniej kosztuje wtedy odebrać sobie część zysku w postaci niepieniężnej.

Nie tylko biznesmeni zachowują się w ten sposób. Powiedzmy, że jesteście w podróży biznesowej. W jakiej sytuacji zatrzymacie się w tanim hotelu i zjecie obiad w Burger Kingu? W pierwszym przypadku pracodawca daje wam 1000 $ i będziecie mogli zatrzymać to, co wam zostanie. Drugi przypadek to ten, w którym pracodawcy dacie wykaz poniesionych wydatków, a ten zwróci wam poniesione koszty. W pierwszym przypadku zachowacie dla siebie korzyści ze znalezienia najtańszego sposobu na podróż, w drugim – nie.

Te przykłady są zaledwie sygnałem wpływu, jaki struktura praw własności ma na wykorzystanie zasobów. Jest to jeden z najważniejszych tematów w stosunkowo nowej dyscyplinie prawa i ekonomii.